O krok od śmierci




Byłam. 

10 sierpnia 2017 roku wcale nie rozpoczął się wyjątkowo, inaczej, niespodziewanie. Dzień jak co dzień, z tą różnicą, że zaalarmowana wczorajszym podwyższonym ciśnieniem, pierwsze co zrobiłam po wstaniu z łóżka było sięgniecie po ciśnieniomierz. Podwyższone. Ale nie jakoś znacznie, delikatnie dosłownie, a internet kazał nie panikować, jedynie kontrolować. Napisałam SMS do swojego lekarza, który kazał zrobić badanie moczu. Znów zasięgnęłam opinii wujka Google - ok, trzeba wykluczyć lub potwierdzić stan przedrzucawkowy. Czytam dalej - pewnie trafię do szpitala, poleżę kilka dni, zbiją ciśnienie, nie ma powodu do paniki. Tego dnia, śmiejąc się jeszcze, czekając na wyniki badania, składaliśmy z mężem wózek dla dziecka. Dzień jak co dzień, naprawdę. 

Wyniki moczu nie pozostawiały złudzeń - stan przedrzucawkowy. Przeczytałam jeszcze kilka artykułów, wykluczyłam inne objawy, które mogłyby świadczyć o rzucawce, więc się uspokoiłam. Trudno, schorzenie jak każde inne, wyleczą mnie. Poleżę trochę w szpitalu, trudno. Zdrowie dziecka najważniejsze. 

14:30 docieram do gabinetu mojego lekarza. Zawsze optymistycznie nastawiony i ja zresztą też całkiem uśmiechnięta - będzie co ma być. Podczas usg mina mojego lekarza robi się inna niż zwykle, a on nic nie mówi. Coraz bardziej zdenerwowany wodzi końcówką od usg po moim brzuchu. ‚Przepływy są złe’. Na ekranie widzę, że masa dziecka wskazuje na 24 tydzień, a przecież jest 28 i to końcówka! Ale wciąż jeszcze nie panikuje, przecież jestem w dobrych rękach, wszystko będzie dobrze. 

Bardzo mi przykro, tak panią lubię, a pewnie będzie pani miała wcześniaka’ 

Trudno - rzucam, wciąż z uśmiechem na twarzy. Uprzejmie żegnam się z lekarzem, ale kiedy tylko zamykam drzwi przychodni coś we mnie pęka. Łzy lecą ciurkiem, mąż przerażony nie może wydobyć ode mnie żadnych informacji. Kiedy w końcu opowiadam mu wszystko, ten jak zwykle ze stoickim spokojem uświadamia mi, że przecież wszystko będzie dobrze, bo nam nie przytrafiają się złe rzeczy. 

16:00 trafiam do szpitala, panie na izbie przyjęć śmieją się, że tu są dobrzy specjaliści, poleżę chwilę w szpitalu i wszystko będzie dobrze. KTG wychodzi bez zastrzeżeń, ciśnienie wciąż podwyższone, ale chyba bez powodu do paniki, bo żaden lekarz mnie jeszcze nie przyszedł oglądać. Kładę się na swojej sali, studiuję każdy jej kąt, próbując przyzwyczaić się do myśli, że pewnie kilka miesięcy tu poleżę. 

17:30 biorą mnie na usg, kładę się na leżance i od tamtej chwili czas zaczyna płynąć szybciej, a ja przestaję być w centrum wydarzeń, raczej stoję obok i przyglądam się temu co się dzieje. Tak jakby to całe zamieszanie nie dotyczyło mnie. Przerażona pani doktor dzwoni po kolejne dwie, w tym po panią ordynator. Stają wokół mnie, mówią, że trzeba zakończyć ciążę natychmiast, bo liczą się minuty. Jak to minuty? Jak to zakończyć? Przecież jest za wcześnie! Biegiem wiozą mnie na wózku na porodówkę, nie pozwalają już chodzić. Ale dlaczego? Przecież czuję się dobrze, nic mi nie jest! To z moim dzieckiem jest coś nie tak. Na porodówce zadają miliony pytań, w nerwach zapominam jak się nazywam. Mierzą mi ciśnienie: 220/160. To pewnie z nerwów - myślę sobie. Trafiam na stół, wokół którego czeka już chyba z piętnaście osób. ‚Będzie pani w pełnej narkozie, bo liczą się minuty’. Na moją twarz zakładana jest maska i odpływam. Coś mi się nawet śni, pamiętam jak za mgłą i czas powoli zwalnia. 

18:05 na świat przychodzi mój syn, choć wszyscy przygotowani byliśmy na córkę. Ale teraz to nie ma żadnego znaczenia. Co z nim? Przewieziony na intensywną terapię. 

19:00 budzę się, a koło mnie jest mój mąż i mama, która po rozmowie z lekarzem dowiedziała się, że to było zatrucie ciążowe, a ja do rana bym nie przeżyła

Ja!? Liczyły się minuty dla mojego życia!? MOJEGO!? Chyba dobrze, że nie miałam o tym pojęcia. 


Tak sobie teraz myślę, że wtedy 10 sierpnia 2017 roku chyba po raz ostatni szczerze się uśmiechałam. 

30 komentarzy:

  1. Kocham Cię ❤
    Pisz siłaczko moja i najdzielniejsza mamo! ☺️
    Magdalenka ☺️ LOVE ��

    OdpowiedzUsuń
  2. Dużo siły kochana,dzielę się swoją mocą 😊

    OdpowiedzUsuń
  3. Aż nie wiem co napisać. Trzymam za Ciebie kciuki i życzę dużo siły!

    OdpowiedzUsuń
  4. Łzy pociekły... Dobrze, że żyjecie oboje, że skończyło się tak, a nie inaczej. Byliście naprawdę w dobrych rękach! Dużo sił życzę i cierpliwości :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, to mimo wszystko był splot szczęśliwych wypadków... Dziękuję! :)

      Usuń
  5. Zalałam się łzami ;( Dużo zdrowia dla Synka :*

    OdpowiedzUsuń
  6. Mimo, że ja przez ciąże nie przechodziłam, wzruszyłam się do łez. Trzymam za Ciebie kciuki - bo uwielbiam Cię z naszej facebookowej grupy 😘

    OdpowiedzUsuń
  7. Dużo zdrowia dla Ciebie i dzidziusia:) Sama jestem mamą wcześniaka (34 tydzień) i też miałam niespodziewany poród, ale moja córka ma teraz 4 latka i jest okazem zdrowia a sama jestem w drugiej ciąży, także 3mam za Was kciuki:D

    OdpowiedzUsuń
  8. Głęboki teskt. Pewnie napisanie go musiało być dla Ciebie trudne. Przepraszam, że takie krótkie i mało emocjonalne zdania, ale naprawdę mną wstrząsnęłaś. Komentarzem nic w Twoim życiu czy nastawieniu nie zmienię, ale wiedz, że jestem z Tobą i Twoim blogiem. Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem to, co trudno z nas wypływa, właśnie bardzo chce wypłynąć. To chyba jedyny znany mi sposób, żeby się z tym uporać... Dziękuję :)

      Usuń
  9. Współczuję Ci tej masy nerwów... Poradzicie sobie ze wszystkim na pewno. Dużo ciepła i siły dla Was :*

    OdpowiedzUsuń
  10. Współczuję i cieszę się, że skończyło się dobrze. Życzę zdrowia dla Ciebie i synka. Powodzenia! Trzymajcie się 😘

    OdpowiedzUsuń
  11. Wierze mocno , że nadejdzie jeszcze taki dzien, że bedziesz sie szczerze usmiechac, a wlasciwiwe cala wasza trójka. <3

    OdpowiedzUsuń
  12. Boże, straszna historia... jak człowiek nie ma świadomości tego, że dziś jest a jutro może go nie być :/ Trzymaj się, będzie dobrze, niech minie trochę czasu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie... Większość dni zaczyna się tak samo, ale jak się skończą - niewiadomo...

      Usuń
  13. Pisz, pisz bo to jest ogromnie ważne. A w tym wszystkim straszne jest to, że nie wiedziałaś co się dzieje, nikt nie przystanął żeby ci powiedzieć

    OdpowiedzUsuń
  14. Jak dobrze, że trafiłaś na tak dobry zespół lekarzy...Byłaś bardzo dzielna! <3 Ja przez 7 ostatnich lat nie miałam tego szczęścia, aby dobrze trafić i teraz moje leczenie jest bardzo ciężkie. Pozdrawiam Cię ciepło i życzę dużo siły! <3

    OdpowiedzUsuń
  15. Życzę dużo sił dla Was i dla Maluszka!!!! <3

    OdpowiedzUsuń
  16. Mój syn urodził się w 30tc w zamartwicy. Miał 980g i 33cm. U nas także były złe przepływy tylko o tym dowiedziałam się w szpitalu. Mnie mój lekarz totalnie olał na ostatniej wizycie... gdy mu mówiłam coś ze złe się czuje to on na to, ze mam nie brać tabletek... Cholernie bolała mnie szyja, to już był objaw stanu przedrzucawkowego... Poszlam prywatnie do innego lekarza... tam dowiedzialamsie prawdy co może być przyczyną takiego stanu... wróciłam do mojego lekarza po skierowanie trafiłam do szpitala. Na drugi dzień przewieźli mnie do innego szpitala i po badaniach przepływów ordynator przekazał mi wiadomość, że jeżeli natychmiast nie zrobią mi CC to dziecko się udusi. Zaraz wokół mnie zrobiło się zamieszanie... kilkanaście osób w koło. Stażystka sama w ciąży pocieszała mnie, ze wszystko będzie dobrze... Nie pozwolili mi się przebrać... Na sale szlam w krótkiej koszulce z piżamy okryta szlafrokiem... Ja miałam znieczulenie do kręgosłupa. Wszystko słyszałam... Pierwszy głośny krzyk mojego dziecka... Nie pokazali mi go,tylko zaraz zabrali. Szybko zaczął tracić oddech... Równe dwa miesiące spędził w szpitalu... Teraz syn ma prawie 2i pół roku. Jeszcze goni rówieśników. Kochana będzie dobrze te słowa powtarzaliśmy,jak mantrę na oddziale patalogii noworodka. Musi być!

    OdpowiedzUsuń
  17. Sama jestem na lekach obniżajacych ciśnienie i po tygodniowej hospitalizacji.. dobrze, że u Was skończyło się wszystko dobrze mimo.tak wczesnego etapu ciąży

    OdpowiedzUsuń
  18. Bardzo mnie wzruszyła Twoja..Wasza historia. naprawdę przykro mi przez co przeszliście, ale co nie zabije to wzmocni. Po burzy zawsze wychodzi słońce. Tak powtarza moja mama i to się sprawdza.
    Teraz już tylko będzie dobrze :) Ostatnio robiłam sesję zdjęciową wcześniakowi, który urodził się po 6 miesiącu życia, jego rodzice też bardzo wiele przeszli, przez pierwszy rok życia dziecka jeździli z nim od lekarza do lekarza, a dziś Tymek rozwija się świetnie i tak bardzo się uśmiecha. On i jego rodzice :) Są szczęśliwi.

    Kochani, teraz już wszystko będzie u Was dobrze :) Ściskam Was mocno i życzę wszystkiego najlepszego :)

    Uśmiechnijcie się :)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 #instawcześniak i co dalej? , Blogger