Obojętność na Oddziale Położniczym - pierwszy kontakt z laktatorem

Leżąc na sali pooperacyjnej oddziału położniczego, razem z innymi mamami, które dla odmiany urodziły zdrowe, pulchne dzieci, wiele się naoglądałam i wiele doświadczyłam. A to co zapamiętam najbardziej to obojętność. Po pierwszej dobie właściwie nikt do mnie już nie podchodził, ani ginekolog, ani położne. Nikt nie pytał jak się czuję i nawet podczas obchodów byłam tą niewidzialną. W dokumentacji trzeba było odhaczyć, że rana goi się dobrze, od czasu do czasu wymienić kroplówkę, ale nikt ze mną nie rozmawiał tak jak z innymi mamami. A przecież i ja, młoda mama, z pierwszym dzieckiem, przerażona całą zaistniałą sytuacją, potrzebowałam poinstruowania, informacji co teraz się będzie działo. Na jakiekolwiek słowa mogłam liczyć tylko od lekarzy prowadzących mojego syna, którzy schodzili do mnie kilka razy dziennie, by przekazać informacje o jego stanie zdrowia. Byłam zaskoczona, gdy pani doktor prowadząca spytała, czy chcę karmić piersią. ‚No jasne, że chcę! Ale chyba tak się nie da?’. Nie miałam pojęcia, że mogę odciągać mleko, że jest ono ważne dla mojego syna. Nikt mnie nie poinformował. Wtedy, zeszłam na dół, z powrotem na oddział położniczy i udałam się do pokoju położnych z prośbą o pożyczenie laktatora. Po godzinie przyszła do mnie pani, ze starym, maksymalnie wysłużonym laktatorem i spytała, czy wiem co robić. Nie wiedziałam. Ścisnęła obie piersi i bezceremonialnie oznajmiła - ‚ale pani w ogóle nie ma pokarmu’. ‚Ale jak to? Jak to nie mam? Taka ze mnie zła matka - nie potrafiłam donosić swojego dziecka i dać mu schronienia do 40 tygodnia ciąży, a teraz jeszcze nie mogę dać mu mleka!?’. No ale niech pani próbuje, metodą 775533 - rzuciła i poszła. Nie powiedziała jak często, jak obsługiwać laktator, że na początku może boleć, jak radzić sobie z poranionymi brodawkami. Nie wiedziałam nic, a w tamtej chwili, przestraszona do granic możliwości, byłam przekonana, że będę cierpieć tak za każdym razem, codziennie. 

Tego dnia wieczorem ułożyłam się do snu i tak spałam całą noc, bo nie miałam pojęcia, że w nocy też mam wstawać, nikt mi o tym nie powiedział. Szczególnie, że laktator chodził głośno jak traktor, a w sali było osiem kobiet, po cesarce, z malusieńkimi dziećmi. Dowiedziałam się o tym, jak i ile razy dziennie odciągać pokarm, dopiero od położnych z góry (gdzie leżał mój syn), bo tylko one ze mną rozmawiały i tylko one się mną interesowały. 

Laktator, który został mi użyczony ciągle się psuł, a kiedy za każdym razem, z taką awarią chodziłam do położnych, te pretensje miały do mnie, tak jakbym to ja, celowo psuła laktator.  Pewnej nocy, kiedy ze snu po raz kolejny wydarł mnie dźwięk budzika, okazało się, że laktator znów nie działa. Pełna nerwów - bo jest środek nocy, bo te położne mają mnie serdecznie dość, bo przecież jakoś ten pokarm muszę odciągnąć - upociłam się, odenerwowałam, próbując samodzielnie naprawić ten wredny sprzęt. Poddałam się, przegrana poszłam do położnej, która po raz kolejny rozłożyła ręce i powiedziała, że ona już więcej nie ma laktatorów i nic mi nie na to nie poradzi. Stałam tam jak wryta i patrzyłam na nią tępym wzrokiem - ‚to co ja mam teraz zrobić?’. Najlepiej, żeby miała pani swoj własny laktator. ‚No super! Ale jest środek nocy!’ - pomyslałam. Po chwili ciszy, pani położna odwróciła się, poszperała w szafce i wyciągnęła… nowiusieńki laktator. Tak, naprawdę. Po kilku dobach moich męk okazało się, że w szpitalu jest inny laktator, nowy działający. Nie byłam w stanie powiedziec wtedy nawet głupiego dziękuje. Odwróciłam się na pięcie i wiedziałam, że następnego dnia wypisuje się na własne żądanie, bo tu i tak wszyscy mają mnie w dupie! Podczas, gdy do innych matek położne podchodzą kilka razy dziennie, często kilka godzin dwoją się i troją przy nich, żeby pomóc przystawić dziecko do piersi. W czym ja jestem gorsza? Bo moje dziecko jest w góry? Bo przystawiam pierś do laktatora, a nie dziecka!? Ale cholera, ja też urodziłam dziecko, swoje pierwsze! Nie wiem z czym to wszystko się je, nie wiem… Nic wtedy nie wiedziałam, a czytać wszystko z internetu było mi wygodniej i dużo lepiej z domu, z mojego własnego lóżka. 


PS. Dacie wiarę, że pokarm jednak miałam i mam do dziś? Dużo pokarmu. 

5 komentarzy:

  1. Współczuję Ci tej obojętności. Niestety tak to już jest... Najlepiej samemu walczyć. Myślę, że masz teraz więcej wiedzy niż nie jedna położna. Praktycznej wiedzy...

    P.S. Fajnie piszesz. Dobrze sie czyta Twoje teksty :) Trzymaj tak dalej!:*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! ❤️ Pisanie mi pomaga się jakoś z tym wszystkim uporać :)

      Usuń
  2. Zawsze mnie zadziwia to, jak bardzo lekarze i pielęgniarki potrafią być obojętne. A już znieczulica niektórych z nich na oddziałach położniczych jest przerażająca. Leżałam tam kilka razy. W ciąży, po urodzeniu synów. Parę razy nawet po kilka tygodni. Ale to było niemal 10 lat temu. Jak widać niewiele się zmienia w niektórych placówkach.

    Trzymajcie się mocno, Dominiko i nie traćcie wiary! Ściskam z całych sił!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No niestety... Medycyna idzie do przodu, a mentalność niektórych (co zaznaczam) lekarzy, pielęgniarek i położnych wciąż pozostaje niezmienna... :/

      Dziękuję! <3

      Usuń
  3. Skąd ja to znam. Również miałam cesarke w tym samym szpitalu. Położne to jakaś masakra, zero zainteresowania i tak jak piszesz wizyta lekarza polega tylko na obejrzeniu rany czy się goi. Żadnego dialogu, pytań nic. To także moje pierwsze dziecko więc w miarę wiem co przeżywałaś. Moj synek urodził się w terminie, w drugiej dobie dostał żółtaczki. Utrzymywała się przez 5 dni. Co za tym idzie,nie było go przy mnie prawie w ogóle. Przynosili mi go co 3h, a między czasie odciągalam pokarm. Brodawki miałam przez synka całe pogryzione, sama rana. Oczywiście nikt się nie zainteresowała najlepszy jest fakt że w książeczce wpisane jest ze niby przeszłam instruktaż karmienia!chyba w snach! Współczuję tobie jak i sobie że musialysmy przez to przechodzić

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 #instawcześniak i co dalej? , Blogger